Recenzje książek - Grupa Literacka Neon

Recenzje książek
Grupa Literacka Neon

środa, 21 marca 2012

Wykład Andrzeja Zybertowicza w Bydgoszczy

Wystąpienie pana Andrzeja Zybertowicza przyciągnęło tłumy studentów. Aula Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy wypełniona była po brzegi. Promowano tym samym książkę "Pociąg do Polski, Polska do pociągu".

- Kto z was chciałby rządzić Polską - zapytał pan Andrzej Zybertowicz na początku. - Trochę mnie państwo miło zaskoczyli - zareagował, widząc kilkanaście rąk zgłaszających się. - Przeważnie, gdy o to pytam, widownia milczy.

Wykład nosił nazwę "Polityka za kulis" i przede wszystkim skupiał się na działaniu Służb Bezpieczeństwa oraz wszelkich Tajnych Służb. Zwracał uwagę na problem nadmiernych ilości kompetencji oraz nieuporządkowanie TS.

W czasie wykładu wymienione zostały też cechy, jakie powinna mieć osoba, pragnąca sprawować władze. - Jeśli ktoś z państwa, którzy się zgłaszali, ich nie ma, lepiej niech poprzestanie na studiowaniu książek w bibliotekach - radził pan Andrzej Zybertowicz.

piątek, 9 marca 2012

Miesięcznik Neon - różowy luty 2012

Zaczął się marzec a wraz z nim wzmożone prace nad kolejnym numerem naszego miesięcznika. W przerwie między czytaniem kolejnych książek, można sprawdzić, co przygotowaliśmy dla Was jeszcze w lutym. Jest nadzieja, że coś wam się spodoba.

Aby przeczytać numer online [kliknij tutaj]

wtorek, 6 marca 2012

Waldemar Łysiak - Flet z Mandragory



O tym pisarzu dowiedziałem się zupełnie przypadkowo, czytając Ziemkiewicza i postanowiłem, że chociaż w niewielkim stopniu zapoznam się z jego twórczością. Pierwszą powieścią tego autora, jaką dane mi było przeczytać, była powieść Flet z mandragory, książka z końca lat siedemdziesiątych opisujących sytuację człowieka, który z własnej woli, ale jakby od niechcenia stał się narzędziem w ręku zła – szefem policji w państwie, które w tej książce nawet nie ma nazwy. Kiedy ów człowiek rozumie, że czyni zło, skazując na tortury niekoniecznie winnych ludzi lub takich, na jakich padł tylko cień podejrzenia, postanawia zmienić sytuację państwa i swoją przy okazji.
Tytułowy flet z mandragory jest narzędziem – łącznikiem pomiędzy światem tu a rzeczywistością tam, pomiędzy snem i jawą.
Wielkim atutem tej książki jest to, że zaciekawia już od pierwszego zdania, które brzmi:
W wielu ludziach krąży po cichu robak szaleństwa. W ogóle pierwsze zdanie powieści ma, moim zdaniem, niebagatelne znaczenie, gdyż według słów Márqueza determinuje długość całej książki.
Powieść Łysiaka pochłonąłem w dwa dni. Niewiele mnie obchodziło przy czytaniu jej. Uwierzyłem w świat wykreowany przez pisarza, dałem mu się porwać i byłem jakby cząstką dziejącej się akcji – cząstką nieuchwytną i niemającą wpływu na bieg zdarzeń, widzącą jednak z pewnego dystansu losy bohaterów, ich problemy, rozterki moralne, ale też drobne radości. Nasza nadęta czasami pycha i wielkość. Tymczasem:
-Ta cywilizacja, którą stworzyliśmy, jest dowodem przewagi nagiej materii nad duchem, ot co! Jesteśmy jak ryby zamknięte w słoiku, dla których słoik to wszechświat, albo jak ostrygi – zachwycamy się perłami, które produkujemy, zapominając, że tylko to jedno potrafimy produkować. Dokonaliśmy w technice wynalazków, które zdumiałyby Leonarda i uczyniły go naszym uczniem, ale w świecie pozazmysłowym cóżeśmy odkryli? Własną bezradność i głupotę pod tysiącem postaci. Coraz głębiej uciekamy w cywilizowany racjonalizm, który jest ślepym korytem!...
Jak to wszystko się skończy? Czy bohater się zmieni? Co zrozumie ze swojego życia? Aby odpowiedzieć na te pytania, trzeba sięgnąć po tę książkę. Polecam.

Autor: Tomasz Dziamałek

niedziela, 5 lutego 2012

R. A. Ziemkiewicz - „Michnikowszczyzna. Zapis choroby.”

Dwa dni wyjęte z życia, ale było warto. Po „Polactwie” kolejna pozycja publicysty „Uważam Rze” i „Rzeczpospolitej” demaskująca i pokazująca, jak chory był polski system polityczny mniej więcej do afery Rywina. Centralną postacią książki jest Adam Michnik vel Aaron Szechter, który był dysydentem, więźniem komunistycznych więzień, a do niedawna jeszcze naczelnym guru i autorytetem moralnym oczadziałej z zachwytu półinteligencji. Wszystko, co rzekł ów mędrzec z wyżyn swej nieskazitelnej moralności, było święte, a gdy ktoś sądził inaczej, to był kimś, „komu nie podaje się ręki”. Dziś wpływy jego pokrętnej logiki, nazywania czarnego białym, a komunistycznych zbrodniarzy ludźmi honoru, są coraz mniejsze.
Wydaje mi się, że twierdzenia michnikowszczyzny, że rozliczenia z komuchami przyczynią się do wybuchu jakiejś wojny domowej, odrodzenia się „endeckiego ciemnogrodu” są dziś co najmniej śmieszne. Kiedyś jednak większość czytelników „Jedynej Słusznej Gazety” łykała te brednie niczym małpa kit. Dlaczego to było możliwe? Dlaczego nikt nie zwracał uwagi na sprzeczności tkwiące w Michnikowej argumentacji? No właśnie! Odpowiedź na to pytanie znajduje się w książce, którą wszystkim tutaj pragnę szczerze polecić. Na koniec tradycyjnie już fragment z recenzowanej książki, w którym Ziemkiewicz pisze o Michniku:

„Bez wątpienia, miał on ogromny kapitał – kapitał swej popularności i zaufania, kapitał zasług dla Polski, kapitał podziwu, jaki budził. Wielki kapitał, porównywalny może jedynie z Wałęsą i Kuroniem. (...)
Adam Michnik swój kapitał zainwestował w rehabilitowanie komunizmu, w Jaruzelskiego, Kiszczaka, Kwaśniewskiego, Cimoszewicza, w zakłamywanie pojęć, w nazywanie draństwa odpowiedzialnością, a podłości szlachetnym kompromisem. (...)
Adam Michnik przez kilkanaście lat uparcie inwestował w złe przedsięwzięcia, i w końcu wszystko przeputał. Stracił zasługi, zaufanie, dobre imię, i na końcu – twarz.
Zbankrutował. Po prostu.
I tyle.”

niedziela, 15 stycznia 2012

Davies Norman - Orzeł biały, czerwona gwiazda


Czasami spada się z piedestału. Łatwo można to uczynić – wbrew pozorom. Tak było w przypadku książki Normana Daviesa „Orzeł biały. Czerwona gwiazda. Wojna polsko-bolszewicka 1919-1921”. Autor to znany na Zachodzie i u nas historyk, który interesuje się historią Polski. Ma nawet na koncie książkę na ten temat - „Boże igrzysko”. Do tej pory uważałem go za profesjonalistę, ale to, co pisze pod koniec „Orła białego...” jest po prostu dyskwalifikujące go jako historyka. Czy przekreśla cały jego dorobek? To byłoby zbyt odważne stwierdzenie; dyskwalifikuje jednak tę książkę, napisaną w końcu nieźle, językiem barwnym, żywym i ciekawym (zasługa tłumacza Andrzeja Pawelca); stwierdzenie, że polska kawaleria szarżowała na niemieckie czołgi podczas drugiej wojny światowej.

„Wszelkie wątpliwości, które należało wyciągnąć z międzywojennej debaty o roli kawalerii, zostały szybko rozwiane we wrześniu 1939 roku, kiedy to nad granicą pruską polscy ułani szarżowali na czołgi Guderiana w dokładnie taki sam bohaterski sposób, w jaki dziewiętnaście lat wcześniej atakowali Konarmię w bitwie pod Komarowem. Tym razem jednak z fatalnym skutkiem.”

Zadaniem historyka jest dokładnie zbadać źródło informacji. Davies tego nie zrobił i spadł z piedestału, wierząc komunistyczno-nazistowskiej propagandzie i uważając tym samym moich rodaków za idiotów. Nie usprawiedliwia go również fakt, że pisał tę książkę w latach siedemdziesiątych, kiedy w Polsce, ze zrozumiałych względów, był to temat tabu; skoro wznowienie było w 2006 roku, co mogłoby przyczynić się przecież do obalenia tego idiotycznego mitu. Davies jednak tego nie zrobił, uważając, że

„Po trzecie wojna doprowadziła do wytyczenia granic zarówno II Rzeczypospolitej, jak i ZSRR, a zatem przyczyniła się do ukształtowania porządku międzynarodowego, który miał trwać do 1939 roku. W każdej z tych kwestii narracja jest jasna i jednoznaczna. Nie mam wątpliwości, że książka zasługuje na ponowne wydanie dokładnie w tej postaci, w jakiej powstała przed tyloma już laty.”

Ja takich rzeczy nie wybaczam. Nie jestem zawodowym historykiem, więc nie wiem, czy w tej książce nie ma jeszcze innych 'baboli'. To zadanie dla historyków. Zmierzyć się z tą książką. Swoją drogą, jak silnie działa na nas propaganda. Jak widać, nawet zawodowi historycy jej ulegają.
Davies zachował się naiwnie. Uwierzył w coś, w co uwierzyć niepodobna. Przypomina mi to sytuację, kiedy, podczas wykwintnej kolacji w świetnym towarzystwie, ktoś nagle puścił bąka. To, że kolacja była świetna, nie będzie miało znaczenia – zapamięta się raczej ten niefortunny zapaszek unoszący się w powietrzu. Dlatego musimy piętnować głupotę zachodnich historyków, by podobne brednie nie miały już racji bytu.

Autor: Tomasz Dziamałek

sobota, 7 stycznia 2012

Lampoon Harvard - Zmrok

Zmrok autorstwa Harvarda Lampoon’a to znakomita parodia pierwszego tomu bestselerowej sagi Zmierzch Stephanie Mayer. Historia opowiada o losach dziewczyny imieniem Belle Goose, która pragnie zaznać romantycznej miłości z nieśmiertelnym, zabójczo przystojnym wampirem.

W nowej szkole poznaje niejakiego Edwarta ( imię brzmi komicznie wiem), który spełnia jej wszystkie wymagania. Jednak chłopak ma pewien feler. Nie jest wampirem.

Książkę pochłonąłem w jeden wieczór i płakałem ze śmiechu. Główna bohaterka jest typowym pustakiem, który widzi tylko to, co chce widzieć. Czasami jej inteligencja doprowadzała do tego, że spadałem z krzesła.

Historia zawiera w sobie wiele gagów z typowych głupich orających mózg komedii. Chociażby scena walki głównej bohaterki z wampirem na cmentarzu, kiedy w pewnym momencie wpadają na pogrzeb i są opieprzani przez żałobników, poczym przepraszają i wracają do walki.

Edwart jest zupełnym przeciwieństwem Edwarda ze Zmierzchu. Chłopak zażywa leki, bez których panicznie boi się wszystkiego co go otacza. Nie jest romantykiem, ale technologicznym geniuszem i podobnie jak oryginał jest uzdolniony muzycznie z tym, że Edwart jest wirtuozem trójkąta.

Ta przepełniona komizmem historia jest godna polecenia zarówno fanom sagi Zmierzch, jak i tym, którzy jej wręcz nienawidzą. Jeśli ktoś chce odpocząć po ciężkim tygodniu i pośmiać się z niewiarygodnie głupich rzeczy niech przeczyta Zmrok.

Autor: Piotr Charchuta 

czwartek, 29 grudnia 2011

Michał Witkowski - Lubiewo

Paula dzwoni do Andzi:

­<<  - Czytałaś tą recenzję w „Gazet Wyborcz”? Już krytykują Że zły pijar gejom...
­ Tak, tak, bo oni by tu chcieli, żeby na każdej stronie tej książki nic nie było, tylko wielkimi literami: „Więcej złota dla Izrael! Więcej złota dla Izrael!”>>.

Pierwsza powieść gejowska w literaturze polskiej. Kiedy kupiłem tę książkę Witkowskiego, spodziewałem się czegoś innego: przedstawienia środowiska gejowskiego, które gdzieś tam w ukryciu (z własnego trochę wyboru, ulegając presji społecznej) toczy swoje życie lepiej lub gorzej, szuka miłości trwałych i nietrwałych, po prostu próbuje żyć, a to co zrobił Witkowski to jakaś antyreklama – pokazał środowisko gejów starszawych już, które poluje na heteroseksualnych lumpów na pikietach, marzy o nich. Tak kiedyś wyglądało życie gejów w PRL-u; wtedy był to temat bardzo tabu, teraz natomiast jest już ledwie tabu bądź nie jest tabu w ogóle w zależności od miejsca.
Tytułowe „Lubiewo” to gejowska plaża nudystów w Lubiewie na wyspie Wolin.
W takim życiu w ukryciu pragnienie miłości jest jeszcze większe, dosadniejsze, bardziej dojmujące i wyziera ono z tej książki w różnych zachowaniach i opowieściach bohaterów.
Jest w tej książce jakiś błysk, jakiś humor, który gdzieś z tego przegranego życia tych zobrazowanych tam gejów przeziera. Używają oni języka kobiet i o sobie mówią jak o kobietach. To bardzo rzadkie wśród homoseksualistów, dlatego nie rozumiem, skąd u Witkowskiego taka właśnie koncepcja. Może, by jeszcze bardziej uwypuklić to tkwienie w marazmie?
Pomimo takiego obrazu gejów w książce – jednak ją polecam. Można się pośmiać; daje też ona do myślenia. Język Witkowskiego jest jędrny, barwny, miejscami zabawny. Warsztat pisarski ogólnie nie najgorszy.
Jaka jest dzisiaj siedem lat po ukazaniu się recepcja tej książki w środowisku gejowskim, które, wbrew różnym dziwnym ogłoszeniom zamieszczanym przez bojące się ciocie, jednak istnieje? Szczerze napiszę, że nie mam pojęcia.
Jak oceniają ją heteroseksualiści? Ilu z nich ją czytało? Nie wiadomo. Zachęcam jednak wszystkich do wkroczenia do mroczno-straszno-śmiesznego świata, w którym marzenia przeplatają się z codziennością. Raz wygrywa jedno, raz drugie. Życie.

„­ A żeby mi Łukasz plecy umyli – i bym się wygięła maksymalnie w paragraf. Wzięłabym go do wanny...
­ W baroku się nie myli, tylko przypudrowywali plamy, a jak brzydko pachniało, to perfumowali, a jak plama, to zamalowywali albo wywabiali...
­ No przecież to się już od dawna nie dzieje w baroku, tylko później. Już są wanny! Więc nasypałabym do wanny tych wszystkich soli, co je z Baden-Baden naprzywoziłam i co on nie wie, do czego służą, rozebrałabym się, quasi szyję postawiła obok wanny wraz ze sztucznym dekoltem i do wody bym weszła w samych tylko koronkowych majtkach, a on by tak stał z rękami splecionymi za sobą...
­ A ja?
­ Co: ty?
­ A ja, co bym w tym czasie robiła?
­ Ty? - Paula myśli – Ty zostałaś ze swoim w pokoju i musisz coś innego wymyślić... Bo ja teraz bym tak mojemu powiedziała:
­ Wiecie, mój Łukaszu, jak tak zamkniecie oczy, so se wszystko człek może wyobrazić, nawet, że z babą... I bym go po chamsku rozebrała, mu te wszystkie jakieś lniane proste szmaty zdarła i właź mi tu do wanny! - Laskę to po raz pierwszy by zobaczył, jak się robi. A jeszcze by się mnie potem dopytywał, co i jak, czy księdzu plebanowi na spowiedzi mówić o tym, czy nie, to ja:
­ A czy ksiądz proboszcz mówili na kazaniu co o chłopach? A to nie mówili, to znaczy, że z chłopem to nie grzech! Ale żebyś mi się nie ważył plebanowi gadać, bo bez łeb wywalę! Na zbity pysk!”